Wschód słońca nad Salar de Uyuni i spotkanie z mieszkańcem Potosí
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Salar de Uyuni o świcie, poczułem się jak na innej planecie. Rozległa, biała jak mleko pustynia rozciągała się po horyzont, odbijając niebo niczym gigantyczne lustro. To miejsce ma w sobie coś magicznego, coś co przyciąga każdego, kto choć raz stanął na jego powierzchni. Na jednym z brzegów, w małej wiosce Llipi, spotkałem lokalnego przewodnika, Don Eduardo — starszego mężczyznę z głębokimi oczami i opowieściami, które brzmiały jak epos o dawnej świetności regionu. Zapytałem go o marzenia, które drzemią w sercu mieszkańców, i usłyszałem coś, co chwilami brzmiało jak opowieść o złotym wieku, a chwilami jak wyrok: „Lito jest jak przyszłość, którą próbujemy złapać, ale ona ucieka nam przez palce…”
To spotkanie dało mi pierwszy obraz ich ambiwalentnego stosunku do tego, co miało się stać — i co właściwie już się dzieje. Boliwia, kraj majestatycznych andyjskich szczytów i słonych pustyń, od dawna jest uważana za jednego z głównych posiadaczy największych zasobów litu na świecie. I choć w teorii to właśnie tutaj, na „białym złocie”, tkwi ogromny potencjał, rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. W tym miejscu, gdzie technologia i natura próbują się zderzyć, nie brakuje pytań o to, czy kraj ten potrafi przemienić swoje zasoby w prawdziwą siłę ekonomiczną, czy raczej utknie w pułapce własnych marzeń i nieudolnej polityki.
Technologiczne wyzwania i skomplikowane procesy wydobycia
Zanim przejdziemy do polityki i społecznych napięć, warto przyjrzeć się bliżej technicznym aspektom. Wydobycie litu w Boliwii to nie jest prosta sprawa. Salar de Uyuni to solnisko, które skrywa w sobie olbrzymie ilości litu w postaci solanek. Proces ekstrakcji polega na odparowywaniu wody z solanek, co w teorii jest stosunkowo prostym rozwiązaniem. Jednak w praktyce — zwłaszcza w warunkach boliwijskiej pustyni — wszystko jest bardziej złożone. Skład chemiczny solanek jest unikalny, zawiera nawet do 0,2% litu, co wymaga precyzyjnych technologii, aby wydobyć go w sposób efektywny i przyjazny dla środowiska.
Pracując z lokalnymi inżynierami, miałem okazję zobaczyć, jak wygląda proces w jednej z małych fabryk w Llipi. Maszyny do odparowywania, które przypominały jeszcze bardziej prymitywne wersje, musiały działać non stop, bo każda przerwa to stracony czas i pieniądze. Koszty produkcji w Boliwii są wysokie — głównie ze względu na brak infrastruktury i konieczność importowania części i technologii z zagranicy. W porównaniu z Chile czy Australią, boliwijska produkcja jest jeszcze w powijakach, a inwestorzy zagraniczni patrzą na to z rezerwą, bo ryzyko jest wysokie. Dodatkowo, procesy chemiczne, które mają oddzielić litu od pozostałych składników, są nie tylko kosztowne, ale i potencjalnie niebezpieczne dla środowiska — a o to przecież zarzucają Boliwii lokalne społeczności.
Polityka, konflikty społeczne i zaufanie zagranicznych inwestorów
Największym wyzwaniem okazuje się jednak polityka kraju. Od początku lat 2000. boliwijska władza próbowała narzucić własne ramy rozwoju tego sektora, ale ciągle pojawiały się przeszkody. Rząd, próbując zachować kontrolę nad zasobami, wprowadzał coraz to nowe regulacje, które z jednej strony miały chronić interesy Boliwii, a z drugiej — odstraszały inwestorów. Gdy w 2018 roku rząd podpisał umowę z niemiecką firmą ACI Systems na budowę fabryki litu, nadzieje wzrosły. Jednak od tamtej pory minęło kilka lat, a postępy są minimalne. Wiele projektów utknęło w martwym punkcie, bo lokalne społeczności protestują przeciwko eksploatacji, obawiając się degradacji środowiska i podziału zysków.
Rozmowy z mieszkańcami Potosí, jednego z historycznych ośrodków górniczych, pokazały mi, jak głęboko podzielone jest społeczeństwo. Dla nich litu jest złudzeniem, które może przynieść więcej szkody niż pożytku. Konflikty o dostęp do ziemi, wodę i zyski są na porządku dziennym. W tym wszystkim widać jak na dłoni, że Boliwia nie jest jeszcze gotowa na pełną komercjalizację tego surowca. Kraj ten balansuje na krawędzi, próbując wypracować własną strategię, ale brakuje mu spójnej wizji i stabilnych ram prawnych.
Przyszłość na tle zmieniającego się globalnego rynku litu
Patrząc na światową scenę, można odnieść wrażenie, że Boliwia jest jak złoto w porcie — pełne obietnic, ale wciąż nie do końca dostępne. Chiny, które od kilku lat zdominowały rynek litu, inwestują ogromne pieniądze w technologie recyklingu i alternatywne źródła tego surowca. To oznacza, że przyszłość przemysłu litowego nie jest już tylko kwestią wydobycia na miejscu, ale także innowacji i nowych technologii. Dla Boliwii oznacza to, że sama eksploatacja solanek może nie wystarczyć, by utrzymać konkurencyjność na globalnym rynku.
W tym kontekście, marzenia o elektrycznej rewolucji w Boliwii, o budowaniu potęgi na bazie własnych zasobów, zaczynają wyglądać jak budowanie zamków na piasku. Wzrost zapotrzebowania na lit spowodował, że władze zaczęły się bardziej otwierać na zagraniczne inwestycje, ale czy to wystarczy? Czy kraj, w którym brakuje nawet podstawowej infrastruktury, może stać się samowystarczalnym graczem na rynku litowym? To pytanie, na które wciąż czekają odpowiedzi, a czasem wydaje się, że Boliwia wciąż tkwi w miejscu — z marzeniami o świetlanej przyszłości, które rozbijają się o andyjskie realia.
: Czy Boliwia ma jeszcze szansę na własną litową rewolucję?
Po tym wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem, trudno mi nie odnieść wrażenia, że historia Boliwii z litowym złotem to historia złudzeń i ambicji. Kraj ma wielki potencjał, ale brakuje mu narzędzi, by go w pełni wykorzystać. To, co wyglądało na szansę na szybki rozwój i niezależność, coraz bardziej przypomina marzenie budowane na piasku — piękne, ale kruche i podatne na zniszczenie. Czy Boliwia, z tymi wszystkimi przeszkodami, jeszcze kiedyś stanie się głównym graczem na światowym rynku litowym? To pytanie, na które odpowiedź wciąż czeka.
Warto zastanowić się, co zrobić, aby ta piękna, pełna nadziei historia nie zakończyła się porażką. Może to właśnie dialog, inwestycje w edukację, technologie i zrównoważony rozwój są kluczami do tego, by kraj ten mógł przekształcić swoje zasoby w realną siłę. A może — jak w przypadku wielu wielkich rewolucji — trzeba po prostu poczekać, aż andyjskie realia pozwolą na prawdziwy skok naprzód. Do tego czasu, patrząc na Salar de Uyuni, można tylko mieć nadzieję, że przyszłość przyniesie więcej niż tylko rozczarowania — bo w końcu, czy nie warto wierzyć w odrobinę magii, której w tym miejscu nie brakuje?